czwartek, 5 grudnia 2013

piernik bez mąki

Święta za pasem, zaczęłam więc intensywnie myśleć - co z ciastami - mają przeciez być bez  pszenicy. najlepiej w ogóle bez mąki.  Hmmmm. Ciężko będzie, bo to oznacza koniec tradycyjnych wypieków. Tak naprawdę myślę, że moje pieczenie będzie jednak podwójne. Jedno dla męża, który wszelkimi sposobami, broni sie przed nowościami na święta, a drugie dla mnie, ponieważ postanowiła, że będę "twarda" i nie dam się skusić. Ciekawe jak będzie się miało postanowienie do rzeczywistości :)
Jak na razie, najbardziej spodobał mi się piernik bez mąki na blogu "pyszne i zdrowe" i postanowiłam go dzisiaj wyprobować. 

Skłądniki:
- 125g mielonych migdałów,
- 125g otrąb owsianych,
- 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia,
- 2 białka,
- 150g syropu z agawy - ja dałam 100ml miodu lipowego i 2 łyżki ksilitolu
- 150 ml mleka,
- 2 łyżeczki przyprawy do pierników - ja dałam 3 i jest za dużo,
- dodatkowo po 1 łyżeczce cynamonu i imbiru mielonego,
- szczypta soli
- dołożyłam 2 łyżki ciemnego kakao - po upieczeniu wiem, że mogłam dać tylko   1 łyżkę, bo ciasto ma lekką goryczkę.
- na polewę 50 g gorzkiej czekolady i ja dałam jeszcze 1 pełną łyżkę masła.


Mleko z miodem troszę podgrzałam. Wszystkie suche składniki wymieszałam w misce i połączyłam z miodem i mlekiem. Białka ubiłam na sztywno i delikatnie połączyłam z suchą mieszanką. W przepisie - do pieczenia użyto keksówki, ja postanowiłam piernik upiec w małej tortownicy.
Piekarnik rozgrzałam do 170 stopni i piekłam prawie 50 minut - do suchego patyczka, chociaż spód był trochę wilgotny.




Gdy piernik trochę przestygł, udekorowałam go czekoladową polewą. 
Czekoladę z masłem roztopiłam w mikrofalówce, ale poprawniej było by zrobić to w kąpieli wodnej, by czekolada się nie przypaliła. Ja nie mogłam się doczekać i poszłam na łatwiznę.




Dom pięknie pachnie piernikowym ciastem i zrobiło się jakoś tak ciepło i świątecznie, mimo zawieruchy za oknem. 
Po spróbowaniu doszłam do wniosku, że trochę mi przeszkadzają w tym pierniku otręby owsiane i  następnym razem, albo je zmielię, albo użyję mąki owsianej. 
Poza tym smak jest bardzo piernikowy i pewnie zagości na moim świątecznym stole, obok tradycyjnego piernika, który już dojrzewa 3 tygodnie. Jak pisałam na początku - dieta, dietą, a tradycji musi stać się za dość....... :)

środa, 4 grudnia 2013

Bułeczki owsiane - bez mąki

Po wielu tygodniach bez pszenicy nadszedł niestety czas wielkiego apetytu na normalny chleb albo bułeczki - cokolwiek "normalnego". Myślałam, że mam to juz definitywnie za soba, a tu proszę..... a kuku  :)
Okazuje się, że wieloletnie nawyki i przyzwyczajenia nie dają się łatwo zastąpić czym innym. To jednak ciężka praca i ciągła kontrola. Mimo, iż przez 3 miesiące trzymałam się twardo zasad, to pamięć smaku "chleba naszego, powszedniego" siedzi sobie spokojnie gdzieś w zakamarkach i nie daje o sobie zapomnieć.
Jednym słowem, przyciśnięta silną potrzebą i "chceniem",  rzuciłam się w niezmierzone pokłady internetu w poszukiwaniu czegoś, co chociaż na chwilkę pozwoli nacieszyć się smakiem "zwyczajności".
Propozycji jest bardzo dużo i zajęło mi to prawie pół dnia. Tak to jest niestety - człowiek zaczyna  czegoś szukać, a potem to już leci lawinowo.
Wybór padł na bułeczki bez mąki z blogu "Wilczy smaczek".
Oczywiście zrobił się późny wieczór, a w domu miałam tylko kostkę białego serka, więc przepis okroiłam o połowę. Być może dlatego bułeczki wyszły bardziej jak placuszki, ale dom pachnie pięknie i nie mogę się doczekać, kiedy przestygną. Ciekawe czy wejdą do mojego jadłospisu, bo mam już trochę dosyć "pieczywa" smakującego mąką migdałową lub orzechami.
W każdym razie - szukać będę do skutku.


Składniki:


- 150 g płatków  owsianych,
- 150 g otrąb – ja dałam też owsiane,
- 30 g drożdży,
- 5 jajek,
- ½ łyżeczki proszku do pieczenia – nie wiem dlaczego, ale dałam,
- 500 g półtłustego twarogu,
- cukier - ja dałam 2 łyżeczki, dołożyłam do drożdży,
- 1 łyżeczka soli – ja dałam 2, bo dla mnie było mdłe,
- 3 łyżki siemienia lnianego,
- 3 łyżki pestek słonecznika,
- 1 łyżka czarnuszki – nie dałam, bo nie miałam.


 Piekarnik rozgrzałam do 180 stopni. Wymieszałam drożdże z cukrem i odrobiną ciepłej wody, aż się rozpuściły. Wymieszałam twaróg z pozostałymi składnikami. Dołożyłam do tego rozpuszczone drożdże i wyrobiłam ciasto ok. 5 minut. W przepisie było, by formować kulki – u mnie niestety nie dało się, gdyż ciasto było dosyć lepiące, nakładałam więc łyżką na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
Piekłam około 30 minut, ale myślę, że to zależy od piecyka. 



Bułeczko-placuszków wyszło  9 szt. (z połowy porcji)  i są bardzo smaczne. Myślę, że mój apetyt na „zwykłe” pieczywko został zaspokojony na jakiś czas i bułeczki te będą często gościły na moim stole.

wtorek, 3 grudnia 2013

Żółty ser - domowy


Przyszła pora na domowy żółty ser.
Zaintrygowała mnie możliwość zrobienia go w domu i  nie bardzo wierzyłam, że może być chociaż podobny do kupnego. To, że będzie na pewno zdrowszy, nie budziło wątpliwości, bo przecież nie dodam konserwantów, wzmacniaczy smaku, barwników i całej listy nie potrzebnych dodatków, ale czy w smaku i konsystencji, będzie chociaż podobny?

Przepisów, jak zwykle znalazłam aż za dużo, bo nie bardzo wiedziałam  na który się zdecydować. Padło więc na  pierwszy z brzegu – z mocnym postanowieniem wypróbowania innej wersji, w razie niepowodzenia.
Obawy okazały się nie potrzebne. Ser wyszedł wspaniały.

Przepis wzięłam ze strony -  „Gotowanie Ole!!!”  

Składniki:
- 1 litr mleka (ja wzięłam 3,2%, ale jeśłi ma być light to może być 0,5%),
- 1 kg twarogu (wzięłam tłusty, ale może być chudy),
- 1 żółko,
- 2 całe jajka,
- 100 gr roztopionego masła,
- sól do smaku - ja dałam 2 łyżeczki, ale mogło być więcej,
- 1 łyżka sody,
- 1 łyżka octu,
- opcjonalnie różne dodatki, czosnek, papryczka, pieprz lub zioła,

Zagotowałam mleko i do gotującego dodałam rozkruszony widelce twarożek. 
Gotowałam na małym ogniu przez 20 minut, mieszając aż powstałe  grudni opadły na dno.

Przelałam twaróg na sito wyłożone gazą. Odsączyłam i ostudziłam.
Gdy ser stygł, wymieszałam dokładnie pozostałe składniki - oprócz sody. Na tym etapie można dobrać smak sera, czyli dodać takie przyprawy jakie nam odpowiadają.

Do masy dołożyłam wystudzony i ponownie pokruszony twaróg i dodałam sodę. Soda powoduje, że ser stanie się ciągnący. Wszystko razem intensywnie mieszając podgrzewałam w kąpieli wodnej (by sie nie przypaliło).

Masę przełożyłam do plstikowej miseczki i dokładnie ugniotłam. Po wystudzeniu (na tarasie) musiałam koniecznie spróbować.




Jest pyszny i pięknie się kroi. Podobno po nocy spędzonej w lodówce 
jeszcze lepszy. Nie wiem, czy to możliwe bo jest wspaniały już teraz.

niedziela, 1 grudnia 2013

Chleb powszedni

Od paru dni czuję że zima za progiem. Nie moge opędzić się od myśli o kromce zwykłego chleba np z domowym smalczykiem - a myślałam, że mam to już za sobą. :) 
Zaczęłam intensywne poszukiwania przepisu  na taki właśnie chleb.... ale nie znalazłam. Trudno, żeby był chleb powszedni BEZ MĄKI. trzeba się więc cieszyć z tego co znalazłam
Przepis pochodzi z książki "Kuchnia bez pszenicy" i autor wymyśłił sobie, że nazwie go "chleb powszedni". Jak dla mnie,  wszystkie wypieki z tej książki maja podobny smak - mąki migdałowej, ale są naprawdę dobre.

A więc do roboty:

- 1 i 1/4 filiżaniki blanszowanej mąki migdałowej - ja dałam nie blanszowaną i    stąd pewnie smak podobny do ciasteczek,
- 1/4 filiżanki +2 łyżki mąki z ciecierzycy,
- 1/4 filiżanki mielonego, złocistego siemiena lnianego,
- 1 i 1/2 łyżeczki sodu oczyszczonej,
- 1 łyżeczka cynamonu (opcjonalne),
- 1/4 soli morskiej, myślę, że może być jakakolwiek sól,
- 5 jajek - oddzielić żółtka od białek,
- 1/4 filiżanki  roztopionego masła,
- 1 łyżka maślanki - ja dałam 2,
- 1 łyżka ksylitolu, albo 4 krople stewii w płynie ( do smaku)

Piekarnik rozgrzać do 180 stopni i przygotować foremkę 21cmx10cm.
Wsypać do miski wszystkie suche składniki i pulsacyjnie , dokładnie je wymieszać. Ja zrobiłam to ręcznie, drewnianą łyżką. Następnie dodać żółtka, masło i maślankę i znowu pulsacyjnie dokładnie wymieszać. Ja zrobiam to ponownie ręcznie i masa była baaaaardzo cięża do wymieszania - miałam wrażenie, że jest za mało płynnych składników, ale dobrze, że nie dolałam żadnego płunu, bo po dodaniu ubitych na sztywno białek (teraz już użyłam miksera) - masa zrobiła się  "akuratna"



Myślałam, że cała ta masa nie zmieści mi się do przygotowanej foremki, ale
okazało się, że jest idealnie.


W przepisie podano czas pieczenia 40 minut, ale ja po 35 min. sprawdziłam patyczkiem i chlebek był gotowy. To chyba zależy od piekarnika więc trzeba sprawdzać. 
Niewielki dodatek ksylitolu spowodował, że wierzch chleba ładnie się zarumienił i zrobił błyszczący. Gotowy wyjęłam na kratkę i po 10 minutach wyjęłam go z foremki, żeby dokładnie przestygł.


Po ostygnięciu, można go kroić na cienkie kromeczki i nie kruszy się. Jest smaczny i bardzo syty. Myślę, że lepiej smakuje do serów i nabiału niż do wędlinki, chociaż to pewnie rzecz gustu. 


Będę go piekła często, ale postaram się poszukać blanszowanej mąki z migdałów - a może spróbuję zrobić ją  sama? Migdały blanszowane mam :)


piątek, 22 listopada 2013

Jarmuż - zapomniane warzywo

Będąc w Kanadzie nie mogłam się nadziwić ile tego "zielska" idzie dziennie u mojej rodziny. U nas był i chyba nadal jest  trudno dostępny, ale dzisiaj udało mi sie kupić piękną paczkę 1/2 kg.  Umyty i pokrojony w dosyć grube paseczki, aż się prosi by przypomnieć sobie Kanadyjską wyprawę. 
Znalazłam w necie przepis na jarmużowe chipsy, którymi zajadają sie córeczki mojej siostrzenicy. Przepis jest dokładnie taki sam, a że chipsy były naprawdę wspaniałe w smaku, postanowiłam podać go za blogiem - "Kucharka Zen"


Chrupiący Jarmuż

250 jarmużu, oliwa z oliwek, garść sezamu i ewentualnie jasny sos sojowy

Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Dużą , piekarnikową blachę do pieczenia wyłożyć papierem do pieczenia, albo folią aluminiową posmarowaną oliwą. 
Liście jarmużu umyć, odkroić twarde łodyżki, pokroić w grubsze paseczki i rozłożyć na blaszce. Piec około 15 min, co jakić czas mieszając delikatnie (chociaż dwa razy w ciągu  pieczenia).
W między czasie uprażyć na suchej patelni garść sezamu. 
Sprawdzić liście, powinny być nadal zielone, ale chrupiące. Jeśli nie dopilnujemy i liście zbrązowieją - staną się gorzkawe. 
Gotowe liście posypać uprażonym sezamem i skropić odrobiną sosu sojwego. Dla dzieci można tylko lekko posolić.



środa, 20 listopada 2013

makaron ryżowy z ciecierzycą

Zimno, mokro i wilgotno - pogoda typowo listopadowa, a w taką pogodę dobrze jest zjeść coś rozgrzewającego, czyli gorącego, ostrego i tłustego. 
U mnie dzisiaj padło na makaron "ze szczymś", ale ma być przecież bez pszenicy.
Poszłam więc pogrzebać w spiżarni i znalazłam:

- makaron ryżowy - wstążki, bo płaski, 
- puszkę gotowanej na parze - ciecierzycy,
- suszone pomidory w oleju,

a z lodówki, zieloną pietruszkę i tarty ser - mozzarella.



1/2 opakowania makaronu wrzuciłam na gorącą, osoloną wodę i gotowałam 6 min. W międzyczasie na oleju z pomidorów podsmażyłam pokrojone w paseczki, suszone pomidory (5 sztuk), wrzuciłam w to 1/2 puszki ciecierzycy, posypałm suszonym czosnkiem, pieprzem i solą. Dałam też niestety - trochę przyprawy do zupy, dla smaku.
Odcedziłam makaron, przepłukałam w zimnej wodzie i wrzuciłam na patelnię do pomidorów i ciecierzycy.
Wymieszałam dokładnie, ale delikatnie i na talerzu posypałam serem i zieloną pietruszką.


Wszystko trwało może 10 minut, porcja bardzo duża i smakowało fantastycznie

poniedziałek, 18 listopada 2013

Bardzo lubię kaszę jaglaną i zawsze ugotuję jej trochę za dużo. Jest wspaniała na gorąco i na zimno, z sosem, z mięsem i z owocami. Moim zdaniem to jedna z bardzij uniwersalnych kasz i bardzo dobrze, że wraca do łask.
Ostatnio wykorzystałam jej nadmiar do zrobienia kotlecików.
Zdjęcia kiepskie, bo dopiero raczkuję w tej dziedzinie, ale staram się i myślę, że będzie coraz lepiej.

a oto jak je zrobiłam:

- 2 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej,
- 2 jajka,
- zrumieniona cebulka na maśle, (czasem dodaje cebulkę prażoną, którą      mam 
zawsze "w razie czegoś"
- szczypiorek i pietruszka - dla koloru
- sól, piepsz i troszkę maggi

wszystko wymieszać i smażyć na czym kto chce. Ja zmażę na maśle klarowanym, albo na smalcu.




Najlepsze oczywiście z kwaśną śmietaną, ale można też podać do mięsa, warzyw lub sałaty,
Myślę, że to świetna baza do wszelkiego typu dodatków - według własnej fantazji.



ciasteczka śmietankowo-pomarańczowe

Kończy się już "przyjazna" jesień i zaczynają się chłodne i wilgotne dni. To u mnie czas, który absolutnie nie  sprzyja wszelkiego typu ograniczeniom i powoduje, że bez przerwy myślę o czymś słodkim, nie zdrowym i tłustym.
Wiem, że to sprawdzian dla mojej silnej woli, ale jakoś nie bardzo udaje mi się z tym walczyć. 
Tak więc postanowiłam zająć czymś ręce i umysł i wygrzebałam przepis na ciasteczka śmietankowo-pomarańczowe - oczywiście bez mąki :) więc zdrowy :)
Przepis pochodzi z książki "Kuchnia bez pszenicy" i jest przeze mnie troszeczkę zmieniony.
Jak to przedstawił autor ....te ciasteczka, dzięki skórce pomarańczowej i śmietanie z ekstraktem waniliowym niosą ze sobą całą gamę niezwykłych smakowych doznań.... i to jest prawda  :)

- 2 filiżanki mączki migdałowej - ja dałam z orzechów włoskich,
- 1/4 filiżanki ksylitolu - brzozowy, naturalny "cukier",
- 1/2 filiżanki drobno posiekanych pekanów - ja dałam orzechy włoskie
- 1/4 filiżanki rodzynek,
- 3 łyżki wiórków kokosowych,
- 1 łyżka startej skórki pomarańczowej - ja nie miałam i dałam cały zapach  
  pomarańczowy,
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej,
- 1/4 łyżeczki soli,
- 1/2 filiżanki śmietany kremóki, albo mleka kokosowego z puszki n- ja dałąm 
   śmietanę,
- 1 całe jajko,
- 2 łyżki oleju kokosowego, roztopionego - myślę, że może być masło,
- 1 łyżka ekstraktu waniliowego - myślę, że może być cukier wanilinowy.

Jak zwykle suche produkty mieszamy w jednej misce, reszta "mokra" w drugiej i dokładnie wymieszać. Blaszkę wyłożyłam papierem do pieczenia i łyżką nakładałam średnie porcje (ciasto będzie dosyć gęste i klejące) i delikatnie ręką nadawałam im kształt placuszków. 


 Piekłam w temperaturze 180 stopni przez 18 minut. Miały mieć złocisty kolor, ale troszkę się spiekły, więc radzę po 15 minutach pilnować, bo pewnie zależy to od grupości placuszków i piecyka. 
Ciasteczka nie tyle porosły, co rozlały sie i posklejały- mimo sporych dstępów Nie zmieniło to jednak ich smku. Ja z papierem przesunęłam je na kratkę do całkowitego ostygnięcia, a najlepsze były dzisiaj, po nocy spędzonej w lodówce.  :)

 Całkowicie zgadzam się z ich autorem. Są fantastyczne w smaku i pachną świętami  :)

czwartek, 14 listopada 2013

Domowe mleko kokosowe i cała reszta....


Do niedawna mleko kokosowe kojarzyło mi się zawsze z mlekiem w puszce, które na ogół trzeba było dobrze wymieszać i było konsystencji gęstej śmietany. Okazało się, że można samemu robić wspaniałe mleko kokosowe, które z powodzeniem zastępuje mleko krowie, używane w moim domu na co dzień. Rozsmakowałam się w  tym „nowym wynalazku” i uważam, że do kawy i herbaty jest dużo smaczniejsze, niż krowie, a i do naleśników, ciast i nawet kakao – jest super.
Przeszukałam sporo stron i jak dla mnie - blog Olga Smile – jest „najbardziejszy” J.
Korzystam z Jej porad i przepisów dosyć często i bardzo jej za to dziękuję.

Mleko kokosowe robię także według jej strony, bo sposób jest prosty i czytelny.

 Używam 200g wiórków kokosowych – dobrze, by były Eco – i 1 litra wody.
- Wiórki zalewam na noc w garnku,
- rano je dobrze podgrzewam i długo blenduję.
- przecedzam przez gazę,
- do wyciśniętych wiórków dolewam jeszcze 200ml gorącej wody,  
  mieszam i jeszcze raz blenduję,
- znowu przelewam na gazę i bardzo dokładnie  wyciskam






To właściwie wszystko.

Mleko zlewam do szklanej butelki, lub słoja i przetrzymuję w lodówce. Jest pyszne  i niestety na długo nie starcza J. To, że się rozwarstwia jest rzeczą zupełnie normalną,  a przed użyciem zawsze go mieszam.

Górna warstwa – biała – jest bardziej skondensowana i używam jej czasem do zabielania potraw, ale generalnie używam mleka wymieszanego.

 Z tej „produkcji” zostaje wyciśnięta, w miarę sucha masa, która jest idealnym produktem do zrobienia mąki kokosowej. http://www.olgasmile.com/maka-kokosowa.html i tak też ją wykorzystuję, tym bardziej, że kupna jest dosyć 
droga.




wtorek, 12 listopada 2013

nowy nabytek - książa kucharska bez pszenicy

Dzisiaj kupiłam następną książkę Williama Davisa, w której, oprócz 150 sprawdzonych i ciekawych przepisów, zamieścił rónież podstawy i doskonałe rady, jak zamieniać, przystosowywać, a przede wszystkim samemu komponować swoje ulubione dania i  słodkości, bez któych nie obejdzie sie przecież  żadna dieta .


 Zabrałam sie oczywiście za czytanie, dokonałam zakupów "uzupełniająych" w necie i teraz pewnie, całą nockę będę rozmyślać, co pójdzie jutro na pierwszy ogień, Jeśli będę na chodzie, dam znać co z tego wyszło :)

Kwiaty lipy, czyli herbatka lipowa


Jakiś czas temu, oczywiście całkiem przypadkowo, odkryłam na nowo popularną herbatkę lipową. Prawdziwe, czyste, bez żadnych domieszek,  suszone kwiaty lipy. Pamiętam  ten cieplutki napar, który królował u mojej babci. Wtedy oczywiście nie wiele o nim wiedziałam, oprócz tego, że był słodziutki od miodu, ciepły i rozgrzewał  po sankach w zimowe popołudnia. 
Po raz kolejny nie mogę  się  nadziwić mądrości naszych babć i cioć, które pewnie tą wiedzę miały z kolei  od swoich poprzedniczek.
Aż dziwne, że tak fantastyczne „zioło”, tak łatwo dostępne -  nie zadomowiło się na stałe w naszych domach . Byłam naprawdę zadziwiona bogactwem i skutecznością jego składników.

 A oto, czego się dowiedziałam, oczywiście w dużym skrócie:

Lipę od wieków uważano za drzewo obdarzone magiczną mocą  i chroniące przed „złem”, ale przede wszystkim otaczano ją wielkim szacunkiem ze względu na jej lecznicze właściwości i zdolność regenerowania naszych sił witalnych. Jej kwiaty mają bardzo przyjemny, dosyć silny  zapach i są  miododajne. Co ciekawe – miód lipowy ma takie samo działanie jak kwiatostany lipy. To one są  materiałem zielarskim i  zbieramy je w czerwcu, razem z podsadką, czyli z tym dodatkowym „listkiem”.


Te pachnące kwiatki zawierają przede wszystkim

-  flawonoidy -  związki charakteryzujące się silnym działaniem    
   oksydacyjnym i przeciwnowotworowym. Usuwają one z organizmu  
   wolne rodniki, które mogą uszkadzać tkanki, a tym samym   
   przyspieszać proces starzenia się organizmu.
- olejek eteryczny - wspomagają wydzielanie soków trawiennych,  
   ułatwiają przepływ żółci do dwunastnicy, chroniąc pęcherzyk żółciowy przed
   złogami, czyli kamieniami żółciowymi,   
- garbniki działają ściągająco na błony śluzowe przewodu pokarmowego  
   i przeciwdziałają biegunce,
- związki śluzowe, węglowodory, kwasy organiczne, trójterpeny,
  sole mineralne i pewnie jeszcze wiele różnych różności.

 Ich bogaty skład powoduje, że poleca się napar lipowy przy nerwicach, bezsenności, stanach zapalnych górnych dróg oddechowych, przeziębieniach, gorączce, grypie, anginie, schorzeniach przewodu pokarmowego i dróg moczowych. Jest również polecany w chorobach układu krążenia i w chorobach serca.


 
To tylko drobny wycinek wielkich możliwości - małego kwiatostanu. Pozostaje jeszcze kosmetyka i kuchnia

poniedziałek, 11 listopada 2013

Chleb bez mąki, migdałowo-kokosowy


Już prawie trzy miesiące jestem bez pszenicy, a tym samym bez chleba i muszę przyznać, że do dzisiaj za nim tęsknię. Jak do tej pory doskonale sprawdza się pieczywo ryżowe. Po wielu próbach, ja wybrałam właśnie to


Nie wiem, dlaczego tak mi wychodzą zdjęcia. Muszę nad tym popracować :)
Są najcieńsze i bardzo chrupiące. Pasują praktycznie do wszystkiego – od wędzonej wędlinki, poprzez twarożki, a na miodzie i słodkościach kończąc. Jednym słowem – ja osobiście je uwielbiam.


Nadszedł jednak czas, gdy zaczęłam rozglądać się za czymś innym, co przypominało by mi tradycyjną kromeczkę świeżego chlebusia. Padło na chleb bez mąki, migdałowo - kokosowy - z bloga „Zdrowo, smacznie i bez wyrzeczeń…” z małymi zmianami.
Składniki:
- 40 g siemie lniane - ja dałam pół na pół siemie i sezam,
- 300g mielonych migdałów -ja dałam mąkę migdałową,
- 15 g zmielonych wiórków kokosowych - ja dałam mąkę km jokosową,
- 1/4 łyżeczki soli,
- 1 i 1/2 łżeczki sody - ja rozpuściłam ją w 1/2 szklance letniego mleka,
- 4 jajka - ja dołożyłam 2 żółtka,
- 3 łyżi (ok.40g) oleju kokosowego,
- 25 g miodu - nie miałam, więc dałam syrop klonowy,
- 15 g octu jabłkowego
Ponieważ moje ciasto wyszło za suche, dolałąm troszkę wody.

Wymieszałam suche składniki w jednej misce, a w drugiej pozostałe. Połączyłam obie i dokładnie wymieszałam.
Wszystko zmieściło mi się w małej foremce 24x10.
Piekłam w temperaturze 180 stopni przez 45 minut – do suchego patyczka.



Chlebek wyszedł wspaniały. Wprawdzie wcale nie wyrósł, ale to w niczym nie przeszkadza. Dla mnie troszkę za słodki, ale bardzo pożywny i wystarczy w zupełności 1 kromeczka.




niedziela, 10 listopada 2013

moja dieta - czyli droga przez mękę


No właśnie, przez mękę czy przez mąkę???

 Odkąd pamiętam jestem, a właściwie – bywałam  na diecie.  Jakiejś diecie, bo przeszłam, przerobiłam i przeżyłam ich w sumie już chyba kilkanaście. Cóż, nadal poszukuję i jak do tej pory – jak pewnie większość z nas – jestem nieusatysfakcjonowana – uffff, trudne słowo  J

Najlepsze wyniki miałam na diecie Dukana. Po trzech miesiącach było mnie mniej o 12 kg, ale coś zaczęło nawalać, kłuć, ściskach i dokuczać. Spoczęłam na laurach, chociaż wydawało mi się, że jem bardzo rozważnie i umiarkowanie. No cóż, po następnych czterech miesiącach byłam znowu okrąglutka i wściekła na siebie, że zmarnowałam tyle czasu.

 Po wielu próbach znalezienia diety dla mnie – padło na dr.Kwaśniewskiego.

To właściwie nie dieta, a odżywianie optymalne, które wymaga zmiany podejścia do wszystkich znanych nam zasad, którymi  karmiono nas od najmłodszych lat.

Przeczytałam wszystkie dostępne pozycje na ten temat i nie mogłam uwierzyć, że wszystko co robiłam przez te swoje 60+  w kwestii  odżywiania siebie i całej mojej gromadki było wbrew zdrowemu rozsądkowi i wiedzy, która została przed nami  „ukryta”. Dr.Kwaśniewski bardzo dokładnie , prawie łopatologicznie przedstawia i przytacza badanie z całego świata, które od wielu lat potwierdzają Jego zasady żywieniowe.  Są dosyć kłopotliwe na początku ich stosowania, ale rezultaty potrafią zadziwić nie tylko kilogramowo, ale i zdrowotnie.

To było to czego szukałam, tym bardziej, że wbrew wszystkim innym dietom, dr.Kwaśniewski nie zabraniał mięsa, ani podrobów, a wręcz przeciwnie.

 Po paru  miesiącach dieta zaczęła się „rozmywać” i nie wiadomo kiedy znowu wróciły kluseczki, naleśniczki, babeczki  i inne  …..czki. J

Problem tkwił jak zwykle w najsłabszym ogniwie, czyli we mnie.

 Teraz jestem na etapie PSZENICY – NIE.
Wpadła mi w ręce książka  dr. Williama Davisa „Dieta bez pszenicy” 
 
Nauczona wieloma latami, próbami i porażkami postanowiłam, że  tym razem stanę na wysokości zadania, dam radę, nie dam plamy, jednym słowem – WYTRWAM, a przynamniej taki mam zamiar.
Zaczęłam od rachunku sumienia i szukania z czego jeszcze mogę zrezygnować. -- Cukier u nas w domu od lat jest tylko dla gości, no i czasem do pieczenia,

- pieczywo – śladowe ilości i to ciemne,
- mleka prawie nie, natomiast nabiał tak
- mąka – no właśnie, niby nie ma, ale…… lubimy czasem naleśniczki, pierogi i   
- makaron „ze szczymś”  J
- jest u nas  baaaardzo dużo warzyw, niewiele owoców
- niestety  duuużo mięsa i domowych wyrobów.
- czekolada tylko gorzka powyżej 70%
-  trochę słodyczy ………

 Z czego tu rezygnować? Wydawało by się, że wszystko prawie poprawne, ale to prawie -  widać,  robi dużą różnicę. Dużą, bo prawie 15 kilogramową L

 Po wielu nocnych przemyślenia postanowiłam założyć  bloga  – tego bloga – chyba bardziej dla siebie niż dla innych. W sieci jest tyle fantastycznych, ciekawych  i profesjonalnych  blogów, że moje postanowienie jest chyba bardziej formą mojego notatnika, niż bloga. Ot taka zabawa i mobilizacja, która ma pomóc w  walce z niepotrzebnymi kilogramami tu i tam…..

Na razie opanowuję podstawy poruszania się po tych zawiłościach i z wielkim zacięciem staram się zrozumieć i poznać  działanie  tych wszystkich klikań, wklejań, i programów, które składają się na powstanie bloga. Trudne to zadanie, bo wprawdzie jak napisałam na początku – wierzę, że życie zaczyna się po 60-tce, ale przyswajanie nowej wiedzy – już nie koniecznie  L

trochę o mojej kuchni


Moja kuchnia może budzić pewne kontrowersje, ponieważ nie jest ani „chuda”, ani specjalnie oszczędna. No cóż, to pewnie pozostałości po czasie, kiedy wszystko było na kartki.  Nauczona tamtejszym doświadczeniem, w mojej spiżarni mam zawsze wszystko co może, lub mogło by być potrzebne do przygotowania posiłków i realizacji „chętki” na coś dobrego przez wiele dni  J

Odkąd dzieci poszły w świat, a było to bardzo dawno, z naszego domu zniknęły „paletki” mąki, cukru i mleka. Teraz cukier mamy tylko dla gości, lub czasami jako dodatek do czegoś słodkiego – co nie znaczy, że stronimy od łakoci, a mleka używamy sporadycznie czasem do kawy, lub do kremów, czy budyniu.
Teraz przyszła kolej na mąkę pszenna i żytnią, a jej miejsce zajęły:
- mąka kokosowa,
- mąka migdałowa,
- mąka gryczana (Gryka jest zbożem bezglutenowym, używanym w produkcji kaszek, pasztecików,     pierożków, naleśników, biszkoptów. Z mąki gryczanej robi się chleb, gofry i inne wypieki o silnym, orzechowym i aromatycznym posmaku.
- mąka ryżowa (Mąka ryżowa i jej mieszanki używane są do produkcji bezglutenowego chleba i innych wypieków.
- mąka owsiana (owies jest szczególnie dobry dla zdrowia  jelit.  Używam  płatków owsianych do Ppieczenia  ciastek i herbatników.
- mąka kukurydziana (mąka uzywana do naleśników i ciast. Nadaje wypiekom chrupkości )

Używam ich wprawdzie niewiele, ale czasem nie da się całkowicie zrezygnować z tego produktu, zwłaszcza przy pieczeniu………




Dwie pierwsze są stosunkowo drogie, ale warte swojej ceny. Poza tym można je robić w domu, trzeba tylko trochę chęci, czasu i cierpliwości. Podam przepisy na ich zrobienie w następnych postach.

sobota, 9 listopada 2013

jajek ci u nas dostatek


Dostała ostatnio mila od siostry z Canady. Mail był lakoniczny: przeczytaj bo warto. Tak też zrobiłam i  zrozumiałam swoją wewnętrzną mądrość. Zawsze wiedziałam, że coś tak doskonałego jak jajko – nie może być szkodliwe. Doskonałe nie w smaku, chociaż to też, ale w swoim założeniu, roli do jakiej zostało przystosowane.
Zdaję sobie sprawę, że większość ludzi ma tak dokładnie wpisany skrypt na temat jaj, że żadne artykuły, badania, ani sympozja na ich temat – nie zmienią ich poglądu na ten produkt.  U nas jednak od wielu lat, jajka są na porządku dziennym i nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby liczyć, ile tygodniowo powinniśmy ich jeść. Mamy ochotę na jaja - no to buch, na patelnię, w garnek, a jeszcze lepiej na grzaneczkę – oczywiście nie pszenna J




Załączam urywek wywiadu  z prof. Tadeuszem Trziszką bo naprawdę ciekawy. Może ktoś się nawróci na jajkową drogę.   J
z Prof. Tadeusz Trziszka jest kierownikiem Katedry Technologii Surowców Zwierzęcych na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Prawdopodobnie jedyny Polak, który doktorat i habilitacjęzrobił z jaj. Zajmuje sięnimi od 35 lat. Autor podręcznika "Jajczarstwo". Wymyślił i prowadzi projekt "Ovocura", w którym prawie setka naukowców tworzy z jaj preparaty lecznicze i suplementy diety

……Nie ma w naturze drugiego produktu, w którym jest tyle potencjału. Jeśli zapłodnione jajo przez 21 dni będziemy podgrzewać w temperaturze 40 stopni, wykluje się pisklę z układem nerwowym, kostnym, krwionośnym, immunologicznym, itd. Czyli wystarczyło dodać energię cieplną, żeby powstało nowe życie. Bo w jaju jest wszystko, co potrzebne do jego stworzenia: precyzyjnie zaplanowany komplet białek, kwasów tłuszczowych, witamin, związków mineralnych, wszystko w idealnych proporcjach.

Dwie sztuki dziennie pokrywają nam całkowite zapotrzebowanie na cholinę, która chroni wątrobę, oraz na aminokwasy potrzebne do odbudowy wszystkich komórek i tkanek. Kilkunastu aminokwasów niezbędnych do utrzymania przy życiu sami nie jesteśmy w stanie wyprodukować, musimy dostać je z zewnątrz, z pożywieniem. Występują one także w mleku, mięsie, roślinach, ale to jaja mają ich najwięcej i w dodatku najlepszej jakości. Białko jaja zostało uznane przez Światową Organizację Zdrowia za międzynarodowy wzorzec składu aminokwasowego.

Jajo zawiera też liczne fosfolipidy,
m.in. lecytynę potrzebną do sprawnego funkcjonowania mózgu i układu nerwowego, składniki mineralne, m.in. fosfor i żelazo, oraz niemal wszystkie witaminy, w tym cały garnitur witamin B, zwłaszcza B12, na której brak bywają narażeni zwłaszcza wegetarianie. Nie potrzeba nam jej wiele, ale jest kluczowa w metabolizmie, szczególnie tłuszczu i cukrów. Występuje tylko w produktach zwierzęcych, dlatego wegetarianom zaleca się łykanie pastylek z B12. Tymczasem dwa jaja dostarczają nam 100 procent dziennego zapotrzebowania na tę witaminę. W dodatku występuje ona w towarzystwie lipidów, które jeszcze wzmacniają jej przyswajalność. Dwa jaja to także sporo luteiny, która wzmacnia wzrok i połowa zapotrzebowania na witaminy A i E.

Nie mają jednak w ogóle witaminy C.

- Jajo zagryzione jabłkiem załatwia sprawę braku witaminy C. Ab ovo usque ad mala , od jaja do jabłka, od początku do końca - pisał Horacy. W Cesarstwie Rzymskim posiłki rozpoczynano jajkami, potem szły bażanty i inna dziczyzna, a kończono jabłkami. Jaja na starożytnych stołach serwowano na miękko, sadzone albo na twardo z sosami rybnymi. Apicjusz, autor antycznej książki kucharskiej De re coquingria libri X - O sztuce kucharskiej ksiąg 10 - podaje między innymi przepis na ovo spongia , coś na kształt dzisiejszego omletu. Żeby jaja były jak najdłużej świeże, przechowywano je wówczas w soli, otrębach albo zasypane ziarnem prosa.

Orędując w sprawie jajecznej, nie obawia się pan cholesterolu?

- Polska jest jednym z ostatnich bastionów strachu przed cholesterolem, to prawie nasz wróg publiczny. Cholersterolofobia zaczęła się na świecie w latach 70., gdy przemysł farmaceutyczny szukał możliwości sprzedania leków, które ograniczają produkcję cholesterolu i nie dopuszczają do jego odkładania się w naczyniach krwionośnych. Szukano także winnych i padło na jaja. Dlatego w latach 70. i 80. w krajach wysoko rozwiniętych ich spożycie znacznie spadło.

Ale przecież cholesterol to problem dla wielu ludzi. Odkłada się w tętnicach, grożąc miażdżycą, zawałem, udarem.

- Fobia cholesterolowa nakręcała się bez naukowego uzasadnienia i miała jedną pozytywną stronę: przyspieszyła i rozszerzyła zaawansowane badania, za duże pieniądze, które pokazały kilka rzeczy.

Owszem, cholesterol jest czynnikiem ryzyka w rozwoju miażdżycy i choroby wieńcowej serca, ale przede wszystkim u osób obciążonych genetycznie hipercholesterolemią. Jest niezaprzeczalnym faktem, że u części ludzi organizm nie radzi sobie z nadprodukcją cholesterolu i odkłada go w naczyniach. Ale zdrowy, sprawny organizm sam reguluje jego poziom, bez względu na to, ile go zjemy.

Ważne - głównym sprawcą zła nie jest cholesterol z jaj, tylko ten, który wytwarzamy sami, w wątrobie. Produkujemy go codziennie mniej więcej tyle, ile znajduje się w piętnastu jajach. Cholesterol jest nam zresztą niezbędny. Organizm, który go nie produkuje, musi umrzeć. Występuje on w każdej błonie komórkowej, w miliardach wszystkich komórek naszego ciała, jest konieczny w tworzeniu hormonów płciowych, witaminy D i kwasów żółciowych.

Cholesterol nie może sam przepływać w systemie krwionośnym. Musi mieć autobus, który będzie go przewoził. Transportują go dwa nośniki, dwa związki fosfolipidowe - HDL i LDL. Zaczęto je rozróżniać dopiero w latach 80. Z wątroby do komórek jest transportowany LDL-em, potocznie zwanym "złym cholesterolem", który może odkładać się w naczyniach. Natomiast cały nadmiar jest z nich zabierany i odwożony do utylizacji w wątrobie HDL-em, "dobrym cholesterolem". I tu właśnie jest całe jajo: nie tyle o sam cholesterol chodzi, ile o proporcje nośników. Jak mamy za mało HDL, to nie ma kto "sprzątać" z powrotem do wątroby nadmiaru cholesterolu, który zaczyna odkładać się w naczyniach krwionośnych.

Skąd ten nadmiar?

- Poniekąd na własne życzenie: niemieckie i japońskie badania pokazały, że u ludzi w permanentnym stresie wątroba wyrzuca więcej cholesterolu. Jego nadprodukcję jednak przede wszystkim mamy zakodowaną genetycznie. Trzeba wtedy zwracać uwagę na dietę, jeść mniej cukrów i tłuszczów. Ale nie jaj, które w tym całym cholesterolowym zamieszaniu niesłusznie posadzono na ławie oskarżonych. Jajo zawiera 0,3 procent cholesterolu, to tyle co granica błędu. Nie może więc być tak kolosalnie szkodliwe, jak nas latami straszono. Poza tym jajo dostarcza dużą ilość korzystnego HDL-u.

Czyli jaj się nie bać?

- Lansowane kiedyś przekonanie, że można zjeść nie więcej niż dwa-trzy jaja na tydzień, zostało na Zachodzie definitywnie odesłane do lamusa. "Two eggs every day is ok" - dwa jaja codziennie są OK - stwierdzono w 1998 roku w Atlancie na konferencji poświęconej jajom. I nie było to bynajmniej hasło marketingowe drobiarzy, tylko fakt poparty rzetelnymi badaniami.

Nie odważyłbym się być takim orędownikiem jaj, gdybym sam od lat nie współpracował z Akademią Medyczną. W żadnym z badań nie stwierdzono, że jaja mogą szkodzić. Publikacje w renomowanej literaturze dowodzą nieszkodliwości cholesterolu zawartego w żółtku.

Jeszcze raz mówię wyraźnie: cholesterol z jaj nie powoduje arteriosklerozy ani chorób układu krążenia u osób z normalnym metabolizmem.

Kolejną przyczyną trendu antyjajecznego był przemysł tłuszczowy. W latach 80. na Zachodzie, a w 90. u nas nawoływano: "jedzcie tylko margaryny, tylko tłuszcze roślinne, bo w nich nie ma cholesterolu". Tłuszcze zwierzęce oraz jaja zostały zdegradowane. To jasne, że w margarynie nie ma cholesterolu, bo żadna roślina go nie produkuje. Tylko że margaryna to olej, w który wtłoczono wodór. Dopóki olej jest w formie płynnej, nienasyconej, jest w porządku. Natomiast sztucznie uwodorniony utwardza się, staje się tłuszczem nasyconym, typu trans, niekorzystnym dla zdrowia. To nie jest produkt dla człowieka, w naturze nie występuje. Strasząc cholesterolem w latach 90. mocno wylansowano margaryny.

Dziś ich reklamy nie są już tak nachalne; nikt nie odważy się powiedzieć, że są zdrowe. A jajo króluje.

Ale może uczulać, może być też źródłem salmonellozy.

- Tzw. skaza białkowa jest efektem kilku czynników alergizujących, głównie owomukoidu w białku.

Co do zakażeń, to ptaki rzeczywiście są potencjalnym źródłem pałeczek Salmonella i Campylobacter , które żyjąc w ich przewodzie pokarmowym, samym ptakom nie szkodzą, ale mogą przenieść się na jaja. Ale takie ryzyko ma miejsce tylko tam, gdzie brak higieny, na fermach jest to wykluczone. W każdym razie bakterie te giną w 60 stopniach. Zawsze zanurzam jaja na kilka sekund we wrzątku i dopiero potem wkładam do lodówki.

Dużo ich pan tam trzyma?

- Zwykle sześćdziesiąt w domu musi być, ich liczba nie może spaść poniżej trzydziestu. Każdy z domowników zjada dwie-trzy sztuki dziennie. Na miękko, sadzone, po wiedeńsku, w omletach. Zrobiłem kiedyś sam na sobie eksperyment: przez dwa miesiące nie jadłem jaj i cholesterol ze 190 skoczył mi do 280. Eksperymentowałem też na znajomych i zawsze efekty były podobne. Potwierdzają wyniki badań, które mówią, że jeśli dostarczymy cholesterol z zewnątrz, jednocześnie zmniejszymy własną produkcję. Po prostu, gdy jemy więcej produktów zwierzęcych bogatych w cholesterol, spada nasza własna synteza i odwrotnie.

To więc, że pofolgujemy sobie na święta i zjemy więcej jaj, nie podwyższy nam cholesterolu; oczywiście o ile nie jesteśmy obciążeni genetycznie i nie mamy problemów z metabolizmem.

Wrócił pan właśnie z Kanady, gdzie "jajolodzy" z całego świata rozmawiali o tym, co z jaj można jeszcze wycisnąć. Coś pana zaskoczyło?

- Banff Egg [w miasteczku Banff w zachodniej Kanadzie] to przygotowana przez kanadyjskie uniwersytety - Alberty i Manitoby - największa na świecie konferencja o jajach. Nie o produkcji, nie o przemyśle drobiarskim, tylko o ich wykorzystaniu w leczeniu. Spotykają się tam raz na osiem lat biochemicy, lekarze, farmaceuci, specjaliści od żywienia z uczelni medycznych.

Tym razem Japończycy mocno podkreślali, że cholesterol, czyli składnik żółtka niezbędny do rozwoju zarodka, powinno się podawać dzieciom. Tak, jest niezbędny do harmonijnego rozwoju, podobnie jak kwas arachidonowy z żółtka. W Polsce medyk starej daty pewnie padłby na taką wiadomość.

Podkreślano rolę choliny z jaj w metabolizmie kwasu foliowego, rozwoju mózgu i ochronie wątroby; jej niedobór może prowadzić nawet do marskości. Dużo było o pozyskiwaniu z jaj za pomocą hydrolizy enzymatycznej peptydów, które działają silnie antyoksydacyjnie i antydrobnoustrojowo. Są także pomocne w leczeniu nowotworów oraz regulacji ciśnienia krwi. Intensywnie pracuje się nad tym w japońskich i amerykańskich laboratoriach. Koncerny farmaceutyczne są tym mocno zainteresowane.

Było o skorupkach wykorzystywanych do produkcji leczniczych preparatów oraz o terapeutycznych właściwościach immunoglobuliny z żółtka.

Mówiono również o tym, jak istotne są proporcje kwasów omega3 i omega6. Idealnie, jeśli jest to jeden do jednego. Zachwianie tej równowagi bywa powodem chorób cywilizacyjnych, między innymi cukrzycy. W naszej diecie przeważają omega6, natomiast omega3 potrzebne chocby do rozwoju układu nerwowego występują głównie w jajach i rybach.

Generalnie potwierdza się po raz kolejny truizm, że to, co jemy, może nas leczyć albo przyprawić o chorobę. A skoro leczenie przez żywienie, to jajo jest produktem idealnym.

Był pan jedynym Polakiem, który miał w Kanadzie swój wykład. O czym pan mówił?

- O jajach jako wielce obiecującym źródle preparatów biomedycznych i nutraceutycznych.

Nie wystarczy po prostu zjeść jajko?

- Nam chodzi o to, żeby skoncentrować cenne substancje, jakie zawiera. Bo kto zje kilkanaście sztuk dziennie? A za pomocą chromatografii, ekstrakcji nadkrytycznej czy hydrolizy enzymatycznej możemy pozyskać z jajek aktywne składniki i zamknąć je w kapsułkach.

Właśnie nad tym pracujemy we wrocławskim projekcie Ovocura, w który jest zaangażowanych prawie setka naukowców z Uniwersytetu Przyrodniczego, Akademii Medycznej, Politechniki Wrocławskiej, Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Akademii Nauk. We Wrocławskim Parku Technologicznym pracujemy na supernowoczesnej, robionej na zamówienie linii technologicznej.

Próbujemy wyizolować z jaj związki, które mogą być pomocne w zapobieganiu chorobom cywilizacyjnym, na przykład chorobom mózgu, serca, nowotworom. Pracujemy między innymi nad preparatem z żółtka do prewencji chorób Alzheimera i Parkinsona oraz preparatem wspomagającym leczenie nowotworów na bazie cystatyny. To białko, które silnie działa na bakterie, wirusy, komórki nowotworowe. Na razie jesteśmy w fazie badań przedklinicznych.

Oprócz preparatów prewencyjnych i leczniczych przygotowujemy suplementy diety - fosfolipidowe, wzmacniające układ nerwowy, oraz wapniowe, na bazie skorupek, przeciw osteoporozie. Nie ma w Europie drugiego takiego projektu.

Ovocura to w wolnym tłumaczeniu jajoleczenie. Już medycyna ludowa zalecała, żeby po ciele chorego toczyć jajo, które miało w swoim wnętrzu zamknąć chorobę.

- Medycyna ludowa też może być wskazówką dla nauki. W Kanadzie jeden z uczonych egipskiego pochodzenia opowiadał, że w jego kraju od zawsze kładziono na rany błonę podskorupkową. Okazuje się, że rzeczywiście jest bogata w kolagen regenerujący skórę. Medycyna ludowa zaleca też smarowanie surowym białkiem miejsc dotkniętych bólami reumatycznymi. Tego jeszcze nie potrafimy wyjaśnić, ale może kiedyś rozwiążemy i tę zagadkę?

Intrygujące bywają nie tylko ludowe receptury, ale i dawne przepisy.

Choćby jaja pi dan, zwane stuletnimi. To chiński delikates, który przez kilka tygodni marynuje się w zalewie z soli, wapnia i naparu czarnej herbaty. Białko robi się brunatne i galaretowate, a żółtko ciemnieje. Jadłem je na surowo podczas pobytu w Chinach, ale z oporami, ze względu na ten makabryczny kolor. Fascynują mnie natomiast jako naukowca. Przypuszczam, że jaja poddane fermentacji mogą być bogate w dodatkowe aktywne substancje. Kiedyś je przebadam. Na marginesie, prawie połowa światowej produkcji jaj to właśnie Chiny.

Na jakich jajach pracujecie w Ovocura?

Do badań potrzebujemy 300 tysiecy sztuk drogich, eksperymentalnych jaj zakontraktowanych u jednego z dolnośląskich hodowców.

Karmi kury z kartki?

- Prawie. Ma precyzyjnie rozpisane naturalne dodatki w odpowiednich proporcjach, na przykład glony i świeżo tłoczony olej lniany. Z tak karmionej kury mamy jajo nowej generacji, zwane też jajem projektowanym. Jest wzbogacone w witaminy, kwasy tłuszczowe i inne składniki, które poprawiają naszą kondycję. Wzbogacane jaja, mleko, jogurty to tak zwane nutraceutyki. Farmaceutyk to leczenie chemią, nutraceutyk - leczenie żywnością.

To dobry biznes?

- Na świecie znakomity, zaczął się w Japonii w latach 90. U nas jest w powijakach. Weźmy takie belgijskie jaja kur Columbus karmionych planktonem morskim, o idealnych proporcjach kwasów omega i innych składników. Kosztują dolara za sztukę, codziennie milion jest rozprowadzanych samolotami w różne zakątki globu. Belgowie długo nad nimi pracowali, sprzedają je od ponad 20 lat, mają dobry marketing.

Podobno jaja kwadratowe też cieszą się powodzeniem.

- Wymyślili je Duńczycy: rozdziela się białko i żółtko, podgrzewa osobno, układa trzema warstwami w roladę: białko na górze i dole, między nimi żółtko, kroi się jak w sześciany i pakuje. Są popularne, bo wygodne, gotowe. Poza tym na całej długości jest tyle samo żółtka i białka.

To wcale nie jest śmieszne! Jak zapraszam gości i robię kanapki z jajkami, to najpierw zjadają te, gdzie są plasterki z żółtkiem, a nie te z samym białkiem. Bo niby boimy się tego cholesterolu, ale na żółtko jesteśmy łakomi.

Francuzi też robią takie rolady, ale okrągłe. Świat zna więcej niekonwencjonalnych produktów z jaj, których u nas nie ma. Amerykańscy studenci mają w kartonach pożywne napoje z białka, żółtka i soku pomarańczowego. Holendrzy wymyślili sery na bazie masy jajecznej, Japończycy makaron wyłącznie z jaj, bez mąki.

Kowalski raczej nie zna jaj kwadratowych, do superjaj projektowanych też ma ograniczony dostęp. To może pozostańmy przy zwykłym jaju konsumpcyjnym. Pewnie kupuje pan z wolnego wybiegu albo przynajmniej od chłopa ze wsi.

- Kupuję w zwykłym sklepie. Skład chemiczny jaja niewiele się różni, bez względu na to, czy to "zerówka" z ekochowu, "jedynka" z wolnego wybiegu, "dwójka" ze ściółkowego czy "trójka" z klatkowego.

I to, że kura spędza życie na powierzchni wielkości gazety nie przekłada się na smak jaja?

- Kura wychowana w klatce jest do niej przystosowana, powiedziałbym