niedziela, 10 listopada 2013

moja dieta - czyli droga przez mękę


No właśnie, przez mękę czy przez mąkę???

 Odkąd pamiętam jestem, a właściwie – bywałam  na diecie.  Jakiejś diecie, bo przeszłam, przerobiłam i przeżyłam ich w sumie już chyba kilkanaście. Cóż, nadal poszukuję i jak do tej pory – jak pewnie większość z nas – jestem nieusatysfakcjonowana – uffff, trudne słowo  J

Najlepsze wyniki miałam na diecie Dukana. Po trzech miesiącach było mnie mniej o 12 kg, ale coś zaczęło nawalać, kłuć, ściskach i dokuczać. Spoczęłam na laurach, chociaż wydawało mi się, że jem bardzo rozważnie i umiarkowanie. No cóż, po następnych czterech miesiącach byłam znowu okrąglutka i wściekła na siebie, że zmarnowałam tyle czasu.

 Po wielu próbach znalezienia diety dla mnie – padło na dr.Kwaśniewskiego.

To właściwie nie dieta, a odżywianie optymalne, które wymaga zmiany podejścia do wszystkich znanych nam zasad, którymi  karmiono nas od najmłodszych lat.

Przeczytałam wszystkie dostępne pozycje na ten temat i nie mogłam uwierzyć, że wszystko co robiłam przez te swoje 60+  w kwestii  odżywiania siebie i całej mojej gromadki było wbrew zdrowemu rozsądkowi i wiedzy, która została przed nami  „ukryta”. Dr.Kwaśniewski bardzo dokładnie , prawie łopatologicznie przedstawia i przytacza badanie z całego świata, które od wielu lat potwierdzają Jego zasady żywieniowe.  Są dosyć kłopotliwe na początku ich stosowania, ale rezultaty potrafią zadziwić nie tylko kilogramowo, ale i zdrowotnie.

To było to czego szukałam, tym bardziej, że wbrew wszystkim innym dietom, dr.Kwaśniewski nie zabraniał mięsa, ani podrobów, a wręcz przeciwnie.

 Po paru  miesiącach dieta zaczęła się „rozmywać” i nie wiadomo kiedy znowu wróciły kluseczki, naleśniczki, babeczki  i inne  …..czki. J

Problem tkwił jak zwykle w najsłabszym ogniwie, czyli we mnie.

 Teraz jestem na etapie PSZENICY – NIE.
Wpadła mi w ręce książka  dr. Williama Davisa „Dieta bez pszenicy” 
 
Nauczona wieloma latami, próbami i porażkami postanowiłam, że  tym razem stanę na wysokości zadania, dam radę, nie dam plamy, jednym słowem – WYTRWAM, a przynamniej taki mam zamiar.
Zaczęłam od rachunku sumienia i szukania z czego jeszcze mogę zrezygnować. -- Cukier u nas w domu od lat jest tylko dla gości, no i czasem do pieczenia,

- pieczywo – śladowe ilości i to ciemne,
- mleka prawie nie, natomiast nabiał tak
- mąka – no właśnie, niby nie ma, ale…… lubimy czasem naleśniczki, pierogi i   
- makaron „ze szczymś”  J
- jest u nas  baaaardzo dużo warzyw, niewiele owoców
- niestety  duuużo mięsa i domowych wyrobów.
- czekolada tylko gorzka powyżej 70%
-  trochę słodyczy ………

 Z czego tu rezygnować? Wydawało by się, że wszystko prawie poprawne, ale to prawie -  widać,  robi dużą różnicę. Dużą, bo prawie 15 kilogramową L

 Po wielu nocnych przemyślenia postanowiłam założyć  bloga  – tego bloga – chyba bardziej dla siebie niż dla innych. W sieci jest tyle fantastycznych, ciekawych  i profesjonalnych  blogów, że moje postanowienie jest chyba bardziej formą mojego notatnika, niż bloga. Ot taka zabawa i mobilizacja, która ma pomóc w  walce z niepotrzebnymi kilogramami tu i tam…..

Na razie opanowuję podstawy poruszania się po tych zawiłościach i z wielkim zacięciem staram się zrozumieć i poznać  działanie  tych wszystkich klikań, wklejań, i programów, które składają się na powstanie bloga. Trudne to zadanie, bo wprawdzie jak napisałam na początku – wierzę, że życie zaczyna się po 60-tce, ale przyswajanie nowej wiedzy – już nie koniecznie  L

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz